Podaruj mi trochę słońca!

Podaruj mi trochę słońca!



Zdecydowanie słońce to towar deficytowy. Jednak jest kilka sposobów aby  nie zapomnieć o jego działaniu. Jakie? Oczywiście można siedzieć 30 minut przed lampą antydepresyjną i napawać się "światłem dziennym", jednak ja chciałabym zaproponować coś zupełnie innego. 
Kiedyś, w bardzo odległych czasach, opalenizna była wyznacznikiem majętności. Za sprawą Coco Chanel wszystkie kobiety chciały być przyrumienione słońcem. Jednak niektórzy zrozumieli to na opak, co doprowadziło do tego, że opalenizna stała się wyznacznikiem kiczu i braku dobrego smaku.
Jednak nie oszukujmy się - przybrązowiona skóra wygląda lepiej, ładniej. A wszystkie chcemy być odbierane jako ładne i zadbane. 
Samoopalacze - zło konieczne czy może szybko rozwijająca się dziedzina kosmetyczna? Nie wiem jak wy, ale ja bardzo źle wspominam tego typu kosmetyki sprzed kilku lat. Zawsze powstawały na moim ciele nieestetyczne plamy. Zawsze 'jarałam' się nowym kosmetykiem, po czym po jednym użyciu odkładałam go w kąt. I tak było ciągle i ciągle. Nie myślcie proszę, że nie robię nic innego tylko szukam samoopalacza kompletnego - co to, to nie! Przez 350 dni w roku jestem blada.
Moim małym marzeniem było przetestowanie słynnego samoopalacza od Vita Liberta. Udało mi się to spełnić (odkupując próbkę na jednej z grup facebookowych) za śmieszny wysoką kwotę. No, ale przebolałam to i ochoczo wzięłam się do testowania. A oczekiwania miałam oogroomne!


Vita Libertata Ten Minute Tan
Ten Minute Tan to samoopalający lotion, który pozwala uzyskać opaleniznę w błyskawicznym czasie- można go zmyć już po 10 minutch po aplikacji.Aktywne składniki nadają perfekcyjną złotą opaleniznę już po 4- 6 godzinach, bez ryzyka ubrudzenia ubrań. Unikalne składniki opóźniające proces starzenia się skóry jak Matrixyl 3000 Peptide kompleks, kwasy tłuszczowe, ekstrakt z dzikiej róży, witamina C z kwiatów pomarańczy wygładzają, nawilżają i rozświetlają skórę oraz stymulują produkcje kolagenu. Technologia Odour Remove gwarantuje brak nieprzyjemnego 
Ciało, a dokładnie nogi, przygotowałam zgodnie z instrukcją. Nałożyłam próbkę samoopalacza na jedną nogę, bo tylko na tyle mi starczyło (sic! zapłaciłam za to 20 zł!). I stałam tak w łazience, stałam, stałam. Dziesięć minut ciągnęło się niemiłosiernie, no ale trzeba było dać radę. Przez moje gapiostwo trzymałam produkt przez 15 minut, następnie zmyłam i czekałam na efekty.
Jakie było moje zdziwienie, gdy po 6 godzinach nie zadziało się nic! Nogi miały jednakowy odcień bladości. Jednak jakim szokiem było dla mnie to, że po kilku dniach zaczęły wychodzić mi brązowe plamy. Ale nie na całych nogach, w przedziwnych miejscach. Dlaczego? Podejrzewam, że właśnie tam nałożyłam więcej tego produktu.
Plusem było to, że ten samoopalacz nie śmierdział jak zazwyczaj takie produkty. Bardzo wygodnie się nakładał, można od razu było korygować jakiekolwiek smugi. Szybko się wchłaniał. W zasadzie to już po minucie mogłabym nałożyć ubranie. Pozostałość, którą trzeba było zmyć, również nie wymagała większego wysiłku.
Jednak efekt, kompletnie żaden. Zerowy. Zawsze tak jest, gdy się na coś napalę. Zastanawiam się tylko: dlaczego? Przecież zrobiłam wszystko z instrukcją, w internecie wszyscy to zachwalają, pokazują efekty przed i po?


St. Moriz Instant self Tanning Lotion Medium
Za drugi samoopalacz chwyciłam za sprawą LOLI (vlogLOLA). Przez długi czas nie mogłam trafić na niego na stronie kosmetykomanii. Gdy się pojawił bez zastanowienia wrzuciłam do koszyka odcień medium. Chociaż nie powiem, dark kusił ;d Za pełnowymiarowe opakowanie zapłaciłam coś około 16 zł, dorzuciłam sobie jeszcze gąbeczkę do nakładania aby poczuć się bardziej profesjonalnie.
St. Moriz Instant self Tanning Lotion Medium - Doskonałej jakości samoopalacz w żelu. Nadaje skórze piękną, równomierną opaleniznę. Efekt widoczny jest po krótkim czasie od użycia. Skóra wygląda bardzo naturalnie, jest ładnie opalona. Ma słoneczny, złocisto-brązowy odcień. Odpowiedni dla wszystkich rodzajów skóry. Można stosować do skóry twarzy. Samoopalacz nie pozostawia smug oraz zacieków.  

W kolorze jest naprawdę bardzo ciemne. Niemalże czarne. Podczas nakładania na nogi kolor się delikatnie brązowi, jednak nadal jest ciemny. Zapach - bez zapachu. Trudność w nakładaniu? Żadna. Przy tym kolorze od razu można korygować smugi i plamy. Bardzo szybko się wchłania, ja po chwili wskoczyłam w spodnie. Nie miałam żadnych zabrudzeń. Wszystko świetnie!
Efekt? Genialny! Nogi brązowe jakbym dopiero co wysiadła z samolotu z Zanzibaru. Zero plam, smug.
Jedyny minus? Jak przeciągnie się po paznokciach to robią się nieestetycznie żółte.
Efekt zauważalny jest około 7 dni, naturalnie wygasa.
Tylko, nie róbcie tego błędu co ja (oczywiście jeśli macie ochotę zastosować ten samoopalacz) i nie smarujcie samych nóg :D Bo to dziwnie wygląda.


Samoopalająca mgiełka do ciała Lirene
Samoopalająca mgiełka do ciała to innowacyjny produkt, który w luksusowy sposób pielęgnuje skórę oraz pozwala stopniowo uzyskać złocisty odcień skóry. Dzięki dwufazowej konsystencji mgiełki, produkt idealnie się rozprowadza oraz błyskawicznie wchłania. Zapewnia równomierną aplikację, piękną opaleniznę bez smug i przebarwień oraz pozostawia subtelny i piękny zapach na skórze. Składniki o właściwościach antyoksydacyjnych: olej z karotki oraz ekstrakt z bursztynu, stymulują skórę do odnowy, regenerują i przywracają jej blask. Silnie nawilżający AquaCell wiąże wodę w skórze, zapewniając nawilżenie, elastyczność i miękkość naskórka.

Ostatnia dawka słońca w butelce to mgiełka. Bałam się jej najbardziej. No bo jak za sprawą psiknięcia idealnie nałożyć produkt. Zapach ma specyficzny, ale nie jakiś odrzucający. Fajna, olejkowa konsystencja sprawia, że ciało jest nawilżone. Opaleniznę można budować poprzez dokładanie kolejnych warstw.
Niestety jeśli chodzi o minusy, to na pewno smporym jest to, że atomizer się zacina. Nie zawsze można wypsiknąć z niego odpowiednią porcję kosmetyku, Dodatkowo tłuste ręce nie ułatwiają tego. Oczywiście, że narobiłam sobie plam (:D), jednak to raczej moja wina, bo czytałam Wasze recenzje i wiem, że u Was ten problem rzadko się pojawia. Może gdyby płyn trochę bardziej odznaczał się na skórze to byłoby idealnie. Bo bardzo podoba mi się jego efekt nawilżenia.

Podsumowując, moim hitem jest St. Moriz. Znalazłam swoje słońce na kryzysowe sytuacje. Efekt jaki osiągam tym kosmetykiem jest niemalże natychmiastowy, naturalny. O właśnie! Bo o tym zapomniałam wspomnieć. Efekt jaki się uzyskuje jest naturalny, a nie taka typowa solara ;D Dla mnie to wiele znaczy ;)
Znacie któryś z tych produktów? Co sądzicie o nim?
Equilibra, seria arganowa: pianka do mycia twarzy oraz krem pod oczy

Equilibra, seria arganowa: pianka do mycia twarzy oraz krem pod oczy


Są produkty, które zużywam bardzo szybko. Podkreślałam już nie jeden raz, że żele pod prysznic, płyny miceralne oraz wszelkiego rodzaju żele i pianki do mycia twarzy. Powtarzam się, wiem, ale nie moja wina, że jakoś szybko tak to u mnie schodzi.
Dzisiaj chciałabym przedstawić Wam dwa produkty z arganowej serii od Equilibra. Wiele z Was z pewnością kojarzy ich aloesowe szampony czy wody miceralne. Jako, że nigdy nie wierzyłam w oczyszczającą moc pianek do twarzy skusiłam się na ten produkt.

Arganowa pianka do mycia twarzy:


Zawiera aż 98% składników pochodzenia naturalnego, dzięki czemu jest bezpieczna i przyjazna dla skóry. Olejek arganowy ma działanie wygładzające i rozświetlające, sprawia więc, że cera nabiera gładkości, staje się wyraźnie jędrniejsza, a jej koloryt jest wyrównany. Kwas hialuronowy delikatnie oczyszcza, reguluje wydzielanie sebum, a także pomaga uporać się z zanieczyszczeniami. Ekstrakt z gardenii ma działanie zmiękczające i nawilżające. Pianka łagodnie oczyszcza i odświeża, nie podrażniając skóry ani oczu.
Kosmetyk zamknięty jest w plastikowej butelce z atomizerem, który zamienia płyn w piankę. Przed użyciem należy energicznie wstrząsnąć butelką, a następnie od razu wycisnąć piankę. Niestety kilka razy zdarzyło mi się, że z atomizera wylatywała woda, a nie pianka :( Co troszkę mnie rozczarowało. Jeśli chodzi o sam produkt to posiada on bardzo silny zapach. Raczej nie przypomina mi to zapach naprawdę silnych męskich perfum. Jeśli chodzi o samo działanie - bo zazwyczaj staram się w taki sposób oceniać dany produkt, a nie przez to czy atomizer się zacina czy nie - to byłam zdziwiona. Pianka genialnie oczyściła twarz. Po zmyciu jej miałam wrażenie, że wszystkie zanieczyszczenia i bakterie zostały zmyte. Twarzy była pięknie matowa. Długo stałam przed lustrem podziwiając efekt! Po prostu - WOW!  Z pewnością wrócę do tej formy oczyszczania twarzy.
Minusem jaki dostrzegam to jest z pewnością to, że pianka jest mało wydajna.
Cena: około 23zł/150ml
Skład: Aqua (Water), Glycerin, Coco-Glucoside, Decyl Glucoside, Dicaprylyl Ether, Glyceryl Oleate, Argan Oil Polyglyceryl-6 Esters, Gardenia Florida Fruit Extract, Sodium Hyaluronate, Parfum (Fragrance), Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Benzoic Acid, Citric Acid, Phenoxyethanol.

Arganowy krem pod oczy:


Delikatna emulsja stworzona do poprawy konturu oka. Szybko się wchłania, nie obciążając skóry wokół oczu. Olej arganowy wraz ze specjalną mieszanką naturalnych składników aktywnych zapewnia ochronę, spowalnia proces starzenia się skóry, ma działanie wygładzające.
Krem jest bardzo lekki. Szybko się wchłania, nie pozostawia lepkiej warstwy przez co nie obciąża skóry w okół oczu. Jeśli chodzi o konsystencję to jest ona wodnista. Zapach równie silny jak w przypadku pianki do mycia twarzy. Plusem jest to, że nie zawiera w swoim składnie nie zawiera olejów mineralnych, wazeliny, silikonów, parabenów i donorów formaldehydu. Oprócz oleju arganowego w składzie znaleźć można olej z pestek winogron oraz olej ze słodkich migdałów. 
Jakie efekty zauważyłam?
Skóra w okół oczu stała się napięta, jednak efekt utrzymywał się tylko wtedy kiedy używałam krem. Nie było to jakieś długofalowe działanie. Okolice oczu były nawilżone. W poście o maskarze Pierre Rene wspominałam Wam, że szukałam czynnika, który spowodował u mnie pieczenie i łzawienie oczu. Okazało się, że winą był tusz, a nie ten krem - chociaż brałam go pod uwagę, bo stosowałam te produkty równocześnie. Obawiam się, że dla osób ze skórą wrażliwą może być on za bardzo agresywny.
Cena: około 24zł/15ml
Skład:Aqua(Water), Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Glyceryl Stearate SE, Glycerin, Cetearyl Alcohol, Argania Spinosa Kernel Oil, Sodium Hyaluronate, Aluminum Starch Octenylsuccinate, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil, Gardenia Florida Fruit Extract, Tocopheryl Acetate, Lecithin, Tocopherol, Ascorbyl Palmitate, Citric Acid, Ethylhexylglycerin, Parfum (Fragrance), Xanthan Gum, Sodium Stearoyl Glutamate, Phenoxyethanol, Benzoic Acid, Dehydroacetic Acid, Tetrasodium Glutamate Diacetate, Sodium Hydroxide.

Podsumowują, wielkim zaskoczeniem okazała się być pianka. Bardzo dobrze oczyszczała twarz. Dawała poczucie idealnie gładkiej twarzy. Na pewno do niej wrócę, pomimo że wydajność była kiepska. Jeśli chodzi o krem pod oczy - nie zrobił mi krzywdy, jednak nie zadowolił mnie w stu procentach. Ot, taki przeciętniak.

Znacie tę serię arganową? Może macie porównanie z serią aloesową? Jestem bardzo ciekawa waszej opinii :)
Seria Biotaniqe - czy zawładnęła moją pielęgnacją?

Seria Biotaniqe - czy zawładnęła moją pielęgnacją?

Na wstępnie chciałam Was serdecznie przeprosić za krótką nieobecność. Potrzebowałam chwili przerwy od bloga by spojrzeć na niego trochę innym, świeższym okiem. Ta chwila odpoczynku sprawiła, że wracam do Was z nowymi - śmielszymi projektami. Jeden z nich już niedługo pojawi się na blogu, a jego zapowiedź mogliście obserwować na instagramie.
Jakiś czas temu dostałam do testów zestaw kosmetyków Biotaniqe i dzisiaj chciałabym podzielić się z wami moją opinią na ich temat. W paczce od firmy znalazły się: peeling enzymatyczny, krem do twarzy, woda micelarna oraz serum naprawcze - czyli wszystkie kosmetyki potrzebne do codziennej pielęgnacji twarzy.
Kosmetyki te dostępne są w Rossmannie w bardzo dobrych cenach! Jeśli chodzi o innowację w tych kosmetykach to z pewnością jest dodatek tajemniczego składnika jakim jest Pro.Aqua. 


Co to dokładnie jest?
Otóż PRO.AQUA to nic innego jak oczyszczona woda ze specjalnie opracowaną technologią probiotyczną. Dokładniej mówiąc woda ta jest oczyszczona z różnych zanieczyszczeń, patogenów oraz minerałów, które znajdują się w  "twardej" wodzie. Probiotyk jak to probiotyk - jego zadaniem jest wzmacnianie naturalnej bariery skóry oraz naturalizowanie szkodliwych mikroorganizmów.
Biotaniqe w swojej bogatej ofercie ma wiele kosmetyków, które można podzielić na serie: Pure Detox (przeznaczoną do cery tłustej/mieszanej), oczyszczanie oraz nawilżanie.


Producent o oczyszczającej wodzie miceralnej pisze tak: 
Oczyszczająca Woda Micelarna to ultraświeża, beztłuszczowa formuła dla idealnego oczyszczenia, orzeźwienia i komfortu. Błyskawicznie myje, tonizuje i detoksykuje skórę, wykorzystując technologię micromiceli. Wzbogacona o Botaniczny Wyciąg z Lilii Białej, który aktywnie koi i łagodzi skórę, chroni przed podrażnieniami, zmiękcza i wygładza naskórek. Świeży, wodny zapach nasycony nutami białych kwiatów rozpieści zmysły.
Jeśli chodzi o ten produkt to nie mam zastrzeżeń. Bardzo dobrze radzi sobie ze zmyciem makijażu. Tusz wodoodporny nie ma przy nim szans. Nie szczypie w oczy , nie powoduje zaczerwienienia twarzy. Żadna reakcja alergiczna nie wystąpiła. Jest bardzo wydajny, pomimo tego że w butelce znajduje się 200ml produktu. Stosowany dwa razy dziennie wystarczył na ponad miesiąc - co w moim przypadku jest naprawdę ogromnym wyczynem. Zapach - genialny, świeży, kwiatowy. Nie drażniący. W Rossmannie można dostać ten produkt za 12 zł.
Skład: Aqua Purificata, PEG-6 Caprylic/Capric Glycerides, Lactobacillus Ferment Lysate, Leuconostoc/Radish Root Ferment Filtrate, Lilium Candidum Bulb Extract, Glycerin, Panthenol, PEG-40 Hydroge-nated Castor Oil, Trideceth-9, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate, Parfum, Butylphenyl Methylpropional, Tetrasodium EDTA.


Biotaniqe mineralny peeling gommage 2w1
Mineralny peeling Gommage 2w1 łączy dwa działania peelingujące: enzymatyczne- dogłębne oraz ścierne-działające powierzchniowo. Naturalny enzym z papai delikatnie rozpuszcza martwe komórki, a mikroperełki krzemowe delikatnie ścierając, wygładzają skórę twarzy i usuwają zanieczyszczenia. Kremowo-glinkowa formuła pozostawia naskórek głęboko oczyszczony i elastyczny. Botaniczny wyciąg z peonii reperuje mikrouszkodzenia skóry. Kaolin skutecznie oczyszcza i ściąga pory, absorbuje sebum.
Produkt ten można stosować w dwojaki sposób: jako peeling grommage (czyli peeling enzymatyczny) oraz jako maskę enzymatyczną.  Jeden sposób od drugiego różni się tym, że peeling spłukujemy od razu po wmasowaniu w skórę, a maskę po 10-15 minutach.
Peeling wzbogacony jest w wyciąg z Peonii, który świetnie koi wrażliwą skórę a dodatkowo zawarte w nim taniny działają antybakteryjnie.
W kremowej konsystencji zatopione są drobne drobinki. Nie są one ostre, więc nie podrażniają skóry. Skóra po użyciu jest gładka i co mnie bardzo zaskoczyło - nawilżona. Odniosłam wrażenie, że działanie tego produktu 2w1 to nie tylko dwa różne zastosowania, ale dwa różne działania: oczyszczające i bardzo intensywnie nawilżające. Skóra po użyciu nabiera zdrowego kolorytu. Smiem się pokusić o stwierdzenie, że pory są widocznie zmniejszone.
Cena w Rossmannie to około 13 zł
Skład: Aqua Purificata, Isononyl Isononanoate, Hydrated Silica, Stearic Acid, Glyceryl Stearate, PEG-100 Stearate, Ceteareth-20, Cetearyl Alcohol, Kaolin, Glycerin, Caprylic/Capric Triglyceride, Isopropyl Myristate, Cetyl Alcohol, Isohexadecane, Lactobacillus Ferment Lysate, Leuconostoc/Radish Root Ferment Filtrate, Papain, Paeonia Lactiflora Root Extract, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Allantoin, Panthenol, Trehalose, Lecithin, Methyl Gluceth-20, Pumice, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Hydroxyethylcellulose, Sodium Polyacrylate, Hydrogenated Polydecene, PPG-5 Laureth-5, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Alcohol, Triethanolamine, Parfum, Butylphenyl Methylpropional, Tetrasodium EDTA.


Biotaniqe, Dermoskin Expert, Shine Control Light Moisturiser - Lekki matujący krem nawilżający do cery tłustej i mieszanej

Lekki Matujący Krem Nawilżający to ultralekka nawilżająca emulsja o delikatnej, nietłustej konsystencji, zawierająca kompozycję regulujących składników aktywnych wspierających skórę w walce z nadprodukcją sebum oraz rozszerzonymi porami. Aktywny Węgiel z bambusa, niczym magnes dogłębnie oczyszcza skórę z nagromadzonych toksyn i zanieczyszczeń. Odblokowuje i ściąga zatkane pory. Działa silnie antybakteryjnie, przez co hamuje powstawanie niedoskonałości. Matujące Mikrogąbki pochłaniają nadmiar sebum, zapewniając naturalne, matowe wykończenie. Testowany dermatologicznie. Nie zawiera parabenów.

Na początek kilka słów o samym opakowaniu - wygląda jak solidne, szklane opakowanie. W rzeczywistości jest to solidny, lekki plastik. W kontakcie z podłogą nie rozpada się od razu na milion części ;) Krem ma bardzo przyjemny zapach. Kwiatowy z nutką herbacianych aromatów. Jeśli chodzi o konsystencję to jest ona zbita, gęsta. Ani trochę nie jest tłusta. Natychmiastowo wchłania się do matu, więc świetnie nadaje się pod makijaż. Co ciekawe jest w kolorze szarym! Przy dłużyszm stosowaniu można z pewnością zauważyć to, że cera mniej się świeci, jest nawilżona i ma ładniejszy koloryt. Bardzo się z nim polubiłam.
Cena w Rossmannie to około 17 zł
Skład: Aqua Purificata, Isopropyl Palimtate, Caprylic/Capric Triglyceride, Cetyl Palmitate, Dimethicone, Glyceryl Stearate, Butylene Glycol, Glycerin, Sodium Polyacrylate, Butyrospermum Parkii Butter, Cetyl Alcohol, Cyclopentasiloxane, Lactobacillus Ferment Lysate, Charcoal Powder, Hydrolyzed Caesalpinia Spinosa Gum, Caesalpinia Spinosa Gum, Leuconostoc/Radish Root Ferment Filtrate, Tocopheryl Acetate, Squalane, PEG-100 Stearate, Stearic Acid, Isododecane, Dimethicone Crosspolymer, Methylmethacrylate Crosspolymer, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Sodium Hydroxide, Parfum, Butylphenyl Methylpropional, Tetrasodium EDTA.


Biotaniqe, serum naprawcze
Serum naprawcze to eliksir młodości stworzony, by walczyć z oznakami upływającego czasu. Unikalne połączenie wysoce skutecznych substancji opóźniających procesy starzenia wraz z dogłębnym efektem nawilżenia, pozwala działać natychmiast od pierwszego zastosowania.


Jeśli chodzi o serum to jest ono bardzo lejące w swojej konsystencji, jednak nie przeszkada to w jego użytkowaniu. Lekka formuła sprawia, że szybko wchłania się na skórze pozostawiając na niej wyczuwalny film. Serum wzbogacone jest w wyciąg z dzikiej róży, która poprzez związki fenolowe hamuje szkodliwe działanie wolnych rodników. Zawarta witamina C pobudza metabolizm kolagenu. Jeśli chodzi o działanie to z pewnością wyczuwalne jest nawilżenie i napięcie skóry. Jednak jakiś spektakularnych efektów nie zauważyłam, dlatego serum oddałam mamie, która jest bardzo z niego zadowolona. Jej sucha skóra dostała porządnego, nawilżającego kopa.Cena w Rosmannie to około 22 zł.
Skład: Aqua Purificata, Dimethicone, Glycerin, Butylene Glycol, Caprylic/Capric Triglyceride, Polysorbate 80, Bis-PEG-18 Methyl Ether Dimethyl Silane, Trehalose, Hydrolyzed Jojoba Esters, Biosaccharide Gum-1, Methyl Methacrylate Crosspolymer, Lactobacillus Ferment Lysate, Leuconstoc/Radish Root Ferment Filtrate, Cyclopentasiloxane, Dimethiconol, Undaria Pinnatifida Extract, Victis Viniera (Grape) Callul Culture Extract, Helianthus Annuus Seed Oil, Rosa Canina Extract, Sodium Ascorbyl Phosphate, Palmitoyl Tripeptide-38, Hydroxypropyl Cyclodextrin, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate, Sodium Acrylate/Sodium Acryloyldimethyl Taurate Copolymer, Isohexadecane, Hydroxyethylcellulose, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Rosmarinus Officinalis Leaf Extract, Sodium Metabisulfite, Triethanolamine, Tetrasodium EDTA, Parfum, Butylphenyl, Methylpropional.


Podsumowując, za niewielkie pieniądze możemy skomponować sobie całą serię kosmetyków. I to nie byle jakich - naprawdę fajnie współgrających ze skórą. Jednak pamiętajcie, to że ta seria sprawdza się u mnie nie oznacza, że u Was zadziała tak samo! Moja opinia ma tylko pokazać jakie efekty mogą się pojawić ;)
Ja z chęcią wrócę do kremu matującego oraz do peelingu, bo pierwszy raz udało mi się dogadać z peelingiem enzymatycznym.


Jestem ciekawa czy znacie te kosmetyki - a może testowaliście inne z tej serii? Co o nich sądzicie?

Pachnąca paczka z kosmetykami Dove

Pachnąca paczka z kosmetykami Dove


Dość niespodziewanie pewien szarawy dzień został rozpromieniony przez paczkę niespodziankę od Meet Beauty. Od tego wydarzenia minęło już trochę czasu, jednak organizatorzy cały czas nie przestają nas rozpieszczać.
Dzisiaj w krótkich recenzjach przedstawię wam produkty, które jakiś czas temu wzbogaciły moje "zbiory". Jeśli chodzi o kosmetyki typu: płyny do kąpieli, szampony oraz antyperspiranty bardzo szybko wystawiam im ocenę. Nie są to kremy, które działają długofalowo i potrzebują czasu na rozwinięcie swojego efektu. Poza tym w ostatnim czasie te produkty stały się moimi przyborami kosmetycznymi numer jeden.


Dove Advanced Hair Series Regenerate Nourishment - szampon do włosów
Produkt ten ma na celu eliminowanie oznak zniszczenia,ma uzupełniać składniki odżywcze włosów i wzmacniać je od wewnątrz i na zewnątrz. Dzięki temu włosy nawet bardzo zniszczone mają stać się silne i bardziej gładkie.
Produkt zamknięty jest w wygodnej tubie, wykonanej z miękkiego plastiku przez co zużycie szamponu do końca nie będzie wielkim wyczynem. Zamknięty w tubie kosmetyk jest gęsty w konsystencji i nie spływa przez palce. Ma odcień perłowy - wybaczcie, że zwracam na to uwagę, ale kojarzy mi się to z jednym z szamponów z Nivea, który ma identycznie perłowy odcień, a który robi na moich włosach niezłe, tłuste, plamy. Jednak w tym przypadku było inaczej. Wystarczy odrobina aby rozprowadzić go na całych włosach. Bardzo dobrze się pieni, świetnie oczyszcza skórę głowy. Jednocześnie nie spowodował u mnie jakiejś reakcji alergicznej - mam wrażliwą skórę głowy,bardzo często po szamponach odczuwam dyskomfort w formie swędzenia. Nie obciąża włosów. Mam wrażenie, że delikatnie odbija włosy u nasady. Co do odżywiania i regeneracji - ciężko mi jest się wypowiedzieć w tej kwestii, ponieważ zawsze nakładam albo odżywkę, albo maskę. Jedyne co mogę dodać to szampon nie plącze włosów. Na plus również jest zapach tego produktu, bardzo ładny i trwały. Chociaż słyszałam opinie niektórych, że jest mdły. Przez swoją konsystencję uważam, że jest bardzo wydajny.
Używam od: 15.09



Dove Deeply Nourishment - pianka do mycia ciała
Kilkakrotnie widziałam ten produkt w internecie. Nie wiem dlaczego ubzdurałam sobie, że jest to mydło do rąk. Może za bardzo taka formuła kojarzyła mi się z mydłami z The Body Shop. Pianka do ciała (czy też mus, zwał jak zwał) to ostatnio bardzo modna forma. Swoje wrażenia będę odnosić do genialnej, według mnie, pianki do ciała od Nivea.
Małe opakowanie, które ma wystarczyć na około 180 pryszniców. Okej, jednak nie znalazłam informacji ile pompek składa się na jeden prysznic, bo nie wierzę, że ktoś umyje się cały tylko jedną. Takim oto sposobem w użytkowaniu od 15.09 zostało mi jakieś 1/4 opakowania.
Fajna lekka konsystencja - z pewnością lżejsza niż Nivea. Oczyszczanie ciała również na plus. Po zastosowaniu nie odczułam jakiegoś większego nawilżenia. Generalnie mnie nie zachwycił ten produkt, za 19,90 (bo taka właśnie jest cena tego kosmetyku) znam o wiele lepsze i bardziej wydajne żele/pianki/płyny pod prysznic.


Dove, Go Fresh, antyperspirant gruszka&aoles
Bardzo ciekawił mnie zapach - uwielbiam zapach świeżo zerwanej gruszki. I liczyłam na coś takiego w tym antyperspirancie. Niestety, jest to przyjemny owocowy zapach. Kompletnie nie przypominający mi gruszki.  Trwałość - jest ona średnia. Lubię jeśli antyperspirant pachnie troszkę dłużej niż godzinę, ale mam świadomość tego,że nie wszyscy lubią ten efekt. Jeśli chodzi o działanie to w okresie jesienno-zimowym jest ono dla mnie wystarczalne. Na białych bluzkach nie pozostawia nieestetycznych śladów. Szybko wysycha, absolutnie nie podrażnia pach. Jednak ja nie miałam nigdy z tym problemu.
Podsumowując, szampon bardzo na plus. Szkoda, że cena (jak na szampon drogeryjny) jest wysoka. Należy liczyć, że wyda się na niego około 26 zł. Pianka - fajna, gadżeciarska, ale znam lepsze. Jeśli chodzi o antyperspirant to mam neutralne odczucia. Nie robi krzywdy, ale szału też nie.

Znacie któryś z tych produktów? Co o nich sądzicie?
Manirouge, czy w końcu będę mieć radosne paznokcie?

Manirouge, czy w końcu będę mieć radosne paznokcie?


Czego najbardziej nie lubicie w swoim ciele? 
Paznokcie przez długi czas były moją zmorą. Krótkie, poobgryzane, nieestetyczne - można by wymieniać w nieskończoność. Gdzieś na przełomie gimnazjum wypracowałam w sobie nawyk całkowitego nieruszania paznokci. Miały po prosu rosnąć. Pomimo tego, że już w liceum były długie, brakowało im twardości, poza tym cały czas rosły jak chciały. Nadawanie im kształtu poprzez piłowanie niewiele dawało. Opryskujące lakiery (czasy kiedy chodziłam do liceum, nie były tymi kiedy były dostępne hybrydy -  tak, świat bez hybryd kiedyś istniał :D), przemalowywanie paznokci co kilka dni doprowadzało mnie do szewskiej pasji, dlatego zazwyczaj na paznokciach lądowała sama odżywka. Na studiach, kiedy złapałam paznokciowego bakcyla, okazało się, że nie mogę mieć na zajęciach w szpitalu pomalowanych paznokci, pod groźbą wyrzucenia z zajęć. Zazwyczaj kończyło się na kąśliwych uwagach ze strony prowadzących. Dlatego dbanie o paznokcie ograniczało się do skracania ich z długości. Ze względu na hektolitry płyny dezynfekcyjnego, które przelewają się przez moje ręce, skórki są w opłakanym stanie. Pomimo naprawdę intensywnego nawilżania, niewiele rzeczy na nie działa. Studia skończyłam, a wraz z tym zakończeniem, nadszedł czas na kombinowanie z paznokciami.


Po tym historycznym wstępie możecie wysnuć wniosek, że stan moich umiejętności, jeśli chodzi o kwestie paznokciową jest zerowy. Na całe szczęście na rynku pojawiają się sprzęty, które biorą pod uwagę to, że nie wszystkie rodzimy się fachowcami od manicure.

Manirouge to firma produkująca naklejki termiczne. Pewnie pomyślałyście, że to kicz i, że przecież coś takiego już w modzie było. Owszem, było jednak nie w takiej formie! Naklejki, które pamiętacie zazwyczaj schodziły wraz z lakierem, czyli po kilku dniach.
Naklejki termiczne od Manirouge to innowacja, ponieważ dobrze nałożone wytrzymują na paznokciach do 14 dni. Świetna alternatywa dla manicure hybrydowego, prawda?
Naklejki termiczne mogą być nie tylko alternatywą, ale również, uzupełnieniem manicure hybrydowego. Spokojnie można położyć je na np. jeden paznokieć. Można pokrywać je bazą, topem co dodatkowo wzmacnia ich trwałość.

Na stronie producenta możecie kupować wszystkie potrzebne elementy oddzielnie lub skorzystać z opcji kupienia gotowego zestawu. A do wyboru są aż 4 propozycje: Basic. Basic Plus, Maxi, Maxi Plus.
Ja posiadam zestaw Maxi Plus. W skład takiego zestawu wchodzi:


- 6 zestawów ozdób termicznych Manirouge (do wyboru jest aż 150 wzorów, także to nie lada wyzwanie aby wybrać tylko 6 :) )
- Oliwkę do paznokci 
- Odtłuszczacz Manirouge 

- Mini Heater Manirouge 
- Gumowe kopytko
- Pilnik płytka 180/240
- Polerka 1200/4000
- Metalowe radełko
- Nożyczki do paznokci
- Folię do wygładzania Manirouge

Oczywiście nie trzeba od razu wyposażać się w zestaw. Można kupić same naklejki i tak jak w przypadku plastrów z woskiem, rozgrzewać naklejki suszarką. Jednak według mnie Mini Heater zdecydowanie ułatwia i usprawnia pracę. Cena jednego arkusza naklejek to 24,90 jednak naklejki wyprzedażowe można dostać nawet za 13 zł! Jeden arkusz wystarcza na wykonanie łącznie 4 kompletnych aplikacji na paznokcie dłoni lub stóp. I to cały koszt zakupu, ponieważ wysyłka jest darmowa :)

Warto jeszcze wspomnieć, że producent do każdego zestawu dorzuca tzw. naklejki testowe. Świetny pomysł, ponieważ do nauki nie marnujemy naklejek, które (tak długo) wybierałyśmy z ponad 200 propozycji. Na stronie dostępna jest już jesienna kolekcja, w której jestem zakochana!

Manirouge - jak nałożyć prawidłowo
Tak jak już wspominałam jestem totalnym beztalenciem jeśli chodzi o sprawy paznokciowe. Bałam się, że poświęcę na aplikację naprawdę sporo czasu, a efekt jaki osiągnę i tak nie będzie mnie zadowalał. Pomimo braku jakiegokolwiek doświadczenia, zaczęłam od razu od wybranych naklejek.

1. Kluczem do sukcesu jest wyciągnięcie sobie wszystkich rzeczy i posiadanie ich na wyciągnięcie ręki. To naprawdę ułatwia sprawę.
2. Następnie należy umyć dłonie oraz odtłuścić paznokcie dołączonym do zestawu cleanerem. Jeśli pominiecie ten krok naklejka może się źle przykleić oraz nieładnie pofałdować. A przecież chodzi w tym o to, żeby efekt był jak najbardziej naturalny.
3. Dopasowanie naklejki to jeden z trudniejszych a zarazem najważniejszy element całego manicure. Należy dobrać naklejkę troszkę mniejszą niż płytka paznokcia. Dlaczego? Jeśli będzie dotykać skórek może się rozwarstwić, a trwałość manicure będzie krótsza.
4. Kiedy naklejka jest już dobrana, należy przeciąć ją na pół i przez około 5-6 sekund ogrzewać przy pomocy Mini Heatera.
5. Zaokrągloną częścią przykładamy do nasady paznokcia i następnie wygładzamy. U mnie najlepiej sprawdziło się wygładzanie palcem. Jeśli coś nie wyszło tak jak było zamierzone naklejkę można odkleić, ogrzać i ponownie przykleić. Zrobiłybyście tak z hybrydą? :)
6. Nożyczkami docinamy naklejkę tak aby w całości pokryła płytkę paznokcia. Uważajcie tylko, żeby nie odciąć sobie przypadkiem kawałek paznokcia - wiem coś o tym :)
7. Teraz wystarczy delikatnie spiłować paznokcie oraz wygładzić je polerką.
8. Dla lepszej trwałości należy podgrzać nałożoną naklejkę jeszcze raz. Wzmocni to trwałość naklejki
Opcjonalnie można nałożyć bazę i top.


Jeśli potrzebujecie wizualnego zobrazowania tego, jak nałożyć naklejki na paznokcie to na stronie Manirouge znajdziecie filmik instruktażowy, który krok po kroku pokazuje jak prawidłowo nałożyć naklejki na paznokcie.

Jak to wyglądało u mnie?
Pierwsza próba nie była idealna. Na palcach wskazujących pojawiły się małe zagniecenia, ale bardzo szybko można było ten błąd naprawić oraz na palcu serdecznym dobrałam ciut za małą naklejkę. Na pozostałych palcach aplikacja przebiegła bezproblemowo, więc moja obawa związana z aplikacją i zmarnowaniem naklejek była bezpodstawna. Na początek wybrałam naklejki w neutralnych kolorach  - brązach, bieli i złocie, przez co niedociągnięcia (tylko i wyłącznie spowodowane moim roztrzepaniem) były niewidoczne.


Ściąganie naklejek z paznokcia to istna bajka! Wystarczy natrzeć paznokcie oliwką, podważyć radełkiem lub kopytkiem i tyle!
Jeśli chodzi o trwałość to ja zmieniłam naklejki po 12 dniach. Jednak trzymałyby się one o wiele dłużej - po takim okresie czasu potrzebowałam zmiany. Kolejna aplikacja przebiegła już bezproblemowo.


Moja rada?
Potrzeba troszkę spokoju i uwagi, a wszystko będzie jak trzeba. Naklejki nakłada się około 20 minut, więc w porównaniu z hybrydą to naprawdę niewiele. Zresztą zobaczcie sami jak producent rozgranicza wykonanie manicure:
Screen pochodzi ze strony: http://www.manirouge.com/strona/co-to-jest-manirouge
Moje uwagi
Naklejki termiczne od Manirouge to prosty sposób na naprawdę piękny manicure dłoni. Zarówno
solo, jak i jako dodatek genialnie wygląda na paznokciach. Czas w jakim wykonuje się stylizację
paznokci to mrugnięcie okiem w porównaniu do innych metod - hybryd, żeli, form...Jest to z
pewnością tanie rozwiązanie, wystarczą tylko naklejki, bo tak jak wspominałam wcześniej nie
potrzeba całego zestawu. Można użyć suszarki, jednak nie jest ona rekomendowana przez
producenta. Co ważne producent nie pozostawia nas samych z aplikacją, strona to kopalnia wiedzy
na temat nakładania. Wierzcie mi, znalazłam tam odpowiedź na każde zawahanie! Wielki plus. Jeśli
chodzi o samą aplikację radzę nie przekraczać czasu 6 sekund nagrzewania naklejki - gdy jest
dłużej ogrzewana robi się bardzo elastyczna i delikatnie się kurczy.
Czy polecam? Oczywiście. Dzięki naklejką termicznym oszczędzamy nie tylko czas, ale i
pieniądze. Ja już mam na oku kilka arkuszy nowych naklejek, więc z pewnością na coś się skuszę i
swój manicure będę urozmaicać właśnie w taki sposób.

Znacie tę metodę? Jestem ciekawa co o niej sądzicie!

Test masek w płachcie: Tony Moly, Holika holika, The Face Shop

Test masek w płachcie: Tony Moly, Holika holika, The Face Shop


Moje "obrażenie" się na maski w płachcie trochę trwało. Nijak mająca się do azjatyckich produktów maska w płachcie Origins sprawiła, że z większym zaufaniem nakładam te produkty na twarz. 
Co sprawiło, że nie sięgałam po nie?
Przede wszystkim cena. Wydawania kilkanaście czy kilkadziesiąt złotych na jedną maskę mijało się dla mnie z celem. Zazwyczaj po jednym zastosowaniu nie widziałam efektów. Zazwyczaj są to maski nawilżające, co przy mojej cerze sprawdza się (każda cera potrzebuje przecież tego), jednak częściej muszę ją oczyszczać niż nawilżać. Wkurzało mnie też to,że są za duże na moją twarz, że ześlizgują się z niej i że przez pół godziny muszę leżeć plackiem z uniesioną głową, żeby płachta trzymała się na miejscu.

Maska Origins sprawiła, że: widziałam efekt od razu, była idealnie przycięta i nie spływała mi z twarzy, a te 22 zł wydane na nią nie było przerażająca mnie sumą. Przez co przeszukałam internet i zamówiłam kilkanaście masek - część z nich jest cały czas w drodze do mnie,część z nich przetestowałam, a dzięki paczce od Terii kolekcja ta powiększyła się o kilka sztuk.


Na pierwszy ogień zastosowałam maskę w płachcie z serii Pokemon.
Maseczka posiada ekstrakt z kwiatu lotosu. Maska ma nawilżać, jednak oprócz tego zauważyłam, że przynosi ukojenie twarzy. Wszystkie zaczerwienienia są mniej widoczne. Jeśli chodzi o sam płat wykonany jest on z przyzwoitej grubości materiału. Nie rwie się przy rozkładaniu, idealnie dopasowuje się do twarzy. Płyn,w którym namoczona jest maska nie jest klejący. Bardzo fajna maseczka, jednak nie zachwyciła mnie na tyle abym sięgnęła po nią ponownie.

Holika Holika, Shea Butter
Bawełniany płat z którego wykonana jest maska jest bardzo cienki. Powiedziałabym, że przeraźliwie cienki. Przy rozkładaniu maski, niestety porwała mi się w okolicy ust i nosa - pomimo, że robiłam to bardzo delikatnie. Otwory na oczy również dziwnie się wyciągnęły, więc chwilę zajęło mi dopasowanie całej puzzlowej układanki do ładu. Maska jest bardzo mocno nasączona płynem, ścieka on po szyi, a sama maska średnio trzyma się twarzy.
Zaniepokoiło mnie pieczenie po nałożeniu jej na twarz. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z taką reakcją jeśli chodzi o tego typu produkty. Twarz niestety była zaczerwieniona i to zaczerwienienie utrzymywało się do kolejnego dnia, a następnie samo znikło. Do tej wersji na pewno nie wrócę, jednak z Holika Holika kusi mnie wersja Mango - miał ktoś?
Producent o masce pisze następująco:

Maska Pure Essence Shea Butter: działa odżywczo i regenerująco, dzięki zawartości polifenoli, witamin i kwasów tłuszczowych
działa przeciwstawnio i przeciwzmarszczkowo
ekstrakt z masła shea tworzy na powierzchni naskórka ochronną warstwę
doskonale poprawia elastyczność skóry
poprawia ogólny wygląd skóry
regeneruje i wygładza 

The Face Shop Hydro-Lifting Silver Foil Face Mask - maskę tę kupiłam na ebay. Jak i całą serię masek w płachcie Disneya. Maska ta składa się z 3 kroków:

1) Na oczyszczoną twarz należy nałożyć intensywnie nawilżające serum (step 1)
2) Nałożyć maskę w płachcie na twarz
3) Na okolicę oczy należy nałożyć krem pod oczy (step 3)

Nie lada gratka dla fanek Star Wars, prawda? Maska jest intensywnie nawilżająca. Bardzo podoba mi się trzystopniowy etap działania tego produktu. Maska nie ześlizguje się z twarzy, nic nie ścieka po szyi. Można w niej normalnie funkcjonować. Co jest "gadżeciarskie" w niej? A no to, że maska jest w srebrnym kolorze. Jedyny minus to klejąca się twarz po zastosowaniu.

The Face Shop Aqua Refreshing Black Face Mask- maskę tę kupiłam w komplecie ze srebrną wersją. Również jest to trzystopniowa maska.
1) Głębokie oczyszczanie (step 1)
2) Intensywne serum witaminowe (step 2)
3) Maska w płachcie (step 3)

Efekt po pierwszym kroku jest genialny. Idealnie oczyszczona skóra. Miękka, gładziutka idealna do miziania i ciągłego dotykania twarzy. Niestety na taką twarz należy nałożyć klejące się (śmierdzące przy tym) serum, a następnie maskę w płachcie. Sama maska jest idealna - dopasowana, można w niej chodzić po domu i nie martwić się o to, że spadnie z twarzy. Jednak efekt po zastosowaniu maski jest dziwny - twarz cały czas się klei, a kilka godzin po zastosowaniu na twarzy pojawiają się wypryski. Być może to zbieg okoliczności, być może efekt oczyszczania. Nie wiem tego dokładnie, jednak po tę maskę nie sięgnę więcej.
Podsumowując, w tym teście nie znalazłam maski, która zachwyciłaby mnie na tyle abym sięgnęła po nią ponownie. Zapał do tego typu produktów opadł. Twarz ratuję maską glinkową, która genialnie koi moją cerę oraz jednocześnie ją oczyszcza.

Jestem ciekawa waszego stosunku do masek w płachcie :)
Vabun, czyli czym będę pachnieć na jesień!

Vabun, czyli czym będę pachnieć na jesień!


Plany były inne. Post miał pojawić się we wtorek, o zupełnie innym produkcie, ale moje roztrzepanie sprawiło, że usunęłam zdjęcia do kilku zaplanowanych postów. Niestety dopiero w weekend będę mogła zrobić ponowne zdjęcia - o ile nie wyrzuciłam już części pudełek ;(
Dzisiaj chciałabym przedstawić wam swoją opinię na  temat kilku nowości, które pojawiły się ostatnio w moim kosmetycznym dorobku.
Są to produkty firmy Vabun by Radosław Majdan. W ofercie można znaleźć zarówno zapachy dla mężczyzn jak i dla kobiet - te z kolei polecane są przez Małgorzatę Rozenek-Majdan.
Vabun oznacza złotego jastrzębia. Jest to indiański odpowiednik znaku zodiaku Radosława Majdana. Radek ma słabość do kultury indiańskiej, w związku z czym zależało mu na tym, aby nazwa perfum do tego nawiązywała. Mężczyzna Vabun jest zmysłowy i intrygujący. Uwielbia żyć chwilą, nie boi się sięgać po rzeczy, których pragnie. Taka osoba zawsze wierzy w swój niezawodny instynkt.




Skład paczki od Vabun prezentuje się następująco: dwa żele pod prysznic (jeden w wersji Sport oraz Gold) oraz perfumy Vabun Sport oraz dwa perfumy Vabun for Lady.
Żel pod prysznic Vabun Sport  przeznaczony jest do codziennej pielęgnacji ciała, o zapachu delikatnej nuty kardamonu, sandałowca, kolendry i piżma. Zawarte w nim składniki dodają energii i charakteru, do stosowania w domu i poza nim, np. po zajęciach na siłowni. Bardzo trwały, elegancki, utrzymuje się na skórze kilka godzin.
Żel po prysznic Vabun Gold przeznaczony jest do codziennej pielęgnacji ciała. Idealny dla każdego rodzaju skóry, o zapachu truskawki, ananasa, jabłka, kminku, gałki muszkatołowej, piżma, jaśminu, cynamonu, cytrusów. Piękny, słodki aromat dodający pewności siebie. Zapach utrzymuje się jeszcze długo po kąpieli.
Obydwa żele zamknięte są w butelce na 'klik'. Jest to świetne rozwiązanie, o wiele lepsze i wygodniejsze, niż odkręcanie żelu pod prysznicem. Pojemność takiego żelu to 250ml. A cena nie jest jakaś przerażająca - tylko 12 zł. Żele mają fajną, gęstą konsystencję przez co wystarczą naprawdę na długo. Niewielka kropla żelu wystarczy aby wytworzyć sporą ilość piany. Zapachowo żele pachną tak samo jak perfumy z serii. 
Jeśli chodzi o zapach Vabun Sport to mocny, jednak przyjemny i orzeźwiający zapach. Pokusiłabym się o stwierdzenie, że jest to typowo sportowy zapach. Idealny na dzień, typowo męski zapach. 
Perfum, z kolei, zamknięty jest w butelce z ciężkiego szkła. Przyjemne dla oka, jednak nie wyróżniające się z tłumu. Zapach, tak jak już wspominałam, bardzo męski. Ciężki. Z pewnością nie wszystkim przypadnie on do gustu.


W ofercie Vabun znajdują się dwa zapachy kobiecie. Vabun for Lady No1 oraz Vabun for Lady No5. Obydwa perfumy zamknięte są w takich samych, sześciennych flakonach. Bardzo gustownych, ładnie wyglądających na toaletce. Jednak ja, fanka trzymania wszystkiego w kartonach, właśnie tak je przechowuję. Ich objętość wynosi 50 ml.
Vabun for Lady No1 jest to dość ciężki, mocny i intensywny zapach. Pierwsze "psiknięcie" skojarzyło mi się z perfumami starszej kobiety. Jednak po kilku podejściach do niego muszę stwierdzić, że jest to idealny zapach na jesień i zimę. Jego ciężkość zanika po chwili i uwalnia przepiękną nutę zapachową, która utrzymuje się kilka godzin na skórze (perfumy zastosowałam około godziny 11, a o 19 nadal je czułam!).

Typ: kwiatowo-leśno-orientalny.
Nuta głowy: bergamotka, cytryna, jabłko, brzoskwinia, zielone nuty.
Nuta serca: irys, jaśmin, paczuli.
Nuta bazy: ambra, mech dębowy, leśne nuty, wanilia, białe piżmo.

Vabun for Lady No5 to jest, jakby powiedzieli dzisiejsi uczniowie, sztos. Przepiękny zapach! Pudrowy, słodki aromat. Cudowny zapach. Podobnie jak poprzednik utrzymuje się na ciele około 8 godzin. Otrzymałam wiele zapytań i komplementów kiedy użyłam tego zapachu.
Typ: kwiatowo-drzewny.
Nuta głowy: bergamotka, liczi.
Nuta serca: drzewo różane, róża.
Nuta bazy: kamelia, nuty drzewne.




Podsumowując wszystkie perfumy zamknięte są w gustownych flakonikach, które zdobią łazienkę i toaletkę. Zapachy są trwałe, nietypowe. Bardzo podoba mi się zarówno linia damska jak i męska. Produkty te dostępne są w Hebe, Dayli, Drogerie Polskie. I podobno niedługo mają wejść do Biedronki - jednak to jest informacja, a bardziej plotka, z internetu - czy to prawda? Przekonamy się niedługo. Cenowo nie wypadają one jakoś bardzo tragicznie - żele pod prysznic za 12 zł, męski zapach za 89 zł a damski 129 zł. Nie oszukujmy się, na rynku są droższe. Jestem przekonana, że do zapachów damskich wrócę z wielką chęcią. Szczególnie do wersji Vabun for Lady No5!

Znacie? Jaka jest wasza opinia na ich temat?

Pink Boxing 2, co znalazło się w mojej paczce?

Pink Boxing 2, co znalazło się w mojej paczce?

Jakiś czas temu zgłosiłam się na blogu I love dots do akcji Pinkt Boxing 2. Pink Boxing to wymiana pudełek z kosmetykami. Minimalna kwota, która powinna dotyczyć pudełka, to 50 zł. Ale wiadomo, że w naszych zbiorach są kosmetyki, których nigdy nie użyjemy, a komuś innemu mogą służyć. Więc w paczce mojej i mojej paczuszkowej partnerki znalazły się i takie kosmetyki, przez co wartość pudełka z pewnością przekroczyła tę minimanlną kwotę. O tym co znalzało się w mojej paczce dla Terii mogłyście przeczytać niedawno w jej poście podsumowującym tę akcję.
Czas na mnie :)

Długo zbierałam się z podłogi po tym co zobaczyłam w środku! Większość z tych produktów chciałam przetestować, jednak słowem nie wspomniałam o tym Terii. Czyżbym była aż tak przewidywalna? 

Co znalazło się w środku?


Maski, maseczki, maseczunie 
Kkobugi Mask Sheet
Fanką Pokemonów nigdy nie byłam, ale mam ochotę przetestować maski w płachcie, które są seriami limitowanymi. Paczka z takimi maskami już leci do mnie z Korei, jednak zabrakło w niej Pokemonów
Holika, holika Shea Butter
Możecie wierzyć lub nie, ale przy ostatnich zakupach w Kontigo miałam tę i maskę mango w koszyku, jednak ostatecznie z nich zrezygnowałam. Jednak - jak widać - jest mi dane przetestować te maseczkę.
Swanicoco Dr. Syul
Szczerze mówiąc pierwszy raz słyszę o tej masce. Jestem ciekawa tego jak się spisze. Część z Was wie, że miałam kryzys jeśli chodzi o maski w płachcie i dość długo ich nie używałam. Obecnie (a może dzięki cudownej masce w płachcie od Origins) chętnie po nie sięgam w przypadku jakiś ważnych wyjść.
próbka maseczki Caolin Premium Hot&Cool Pore Pack Duo
Pierwszy raz o tej maseczce usłyszałam, o ile się nie myle, od labellamakeup. Oczywiście, że ją chcę. Mam nadzieję, że ta próbka pomoże mi zdecydować czy jest sens wydać 120 zł na maseczkę.
Sanase apricot mask
Kolejna firma, której w ogóle nie kojarzę. Może, któraś z was stosowała tę maseczkę? Co o niej sądzicie?



Holika, holika żel aloesowy
Mój ulubiony i ukochany żel. Wiele razy to powtarzałam, ale zrobię to raz jeszcze. Kosmetyk ten stosowany jest u mnie w domu tak samo popularnie jak krem Nivea.
Marion, kuracja z olejkiem arganowym dla każdego rodzaju włosów
Planuję zmianę pielęgnacji włosów, więc olejek z pewnością się przyda. Nie miałam go, bo zawsze w moje dłonie wpadało coś innego. 
Marion, 60 sekundowa maseczka z olejkiem arganowym
Tę maseczkę przetestuję pewnie jeszcze dzisiaj. Bardzo zaciekawiła mnie jej formuła oraz 60sekundowe działanie. Oczywiście znając moje włosomaniacze przyzwyczajenie potrzymam ją odrobinę dłużej.

Bell, Liquid Strobing 01
Szczerze mówiąc w pierwszej chwili przestraszyłam się, że to błyszczyk. Jednak okazało się, że to płynny rozświetlacz. Podoba mi się jego delikatny efekt, który pozostawia na skórze.
Bell, Lipstick mat w kolorze Pure Peach
Pomadka ma fajną konsystencję. Nieoczywistą, żelową. Brudnawy odcień różu bardzo przypadł mi do gustu.



Marion, Glutoretka do mycia
Nawet nie zdajecie sobie sprawy jakie to jest fajne! Na pierwszy rzut oka, bo jeszcze nie romansowałam z tym produktem w wannie. Gadżeciarskie serce jest w pełni usatysfakcjonowane. 
Żele do mycia w bajkowych opakowaniach
Ehh, gadżeciarskie serce rośnie :D



Termissa balsam ujędrniająco antycellulitowy na basie wody termalnej z Podhala
Brzmi ciekawie, jednak mam cały czas w użyciu 2 balsamy antycellulitowe w kolejne, więc troszkę czasu mnie i śniegu spadnie zanim sięgnę po ten kosmetyk.
Yope, herbata mięta - krem do rąk
Kolejna rzecz, którą bardzo chciałam mieć. Jednak nigdy głośno nie powiedziałam, że to chcę. Myślę, że Terii czytanie w myślach ma opanowane do perfekcji.
Tony Moly Tomatox Mask
Czy to nie wygląda słodko? Maska od pewnego czasu była na mojej wish-liście. I jak widać, mogę już ten produkt z niej skreślić. Cudownie!




Organic Shop - peeling cukrowy
Otrzymałam peeling w wersji czekoladowej. Bardzo lubię tą firmę. Produkty są tanie, wydajne i naprawdę bardzo dobrze działają. Więc drobne pęknięcie podczas transportu nie zepsuje mi przyjemności stosowania tego peelingu.
Dermedic, płyn miceralny 
Też trochę ucierpiał podczas podróży jednak jest to taka rzecz, która bardzo szybko zużyję.



Pędzle
Moje gadzeciarskie serce na widok tych pedzli wyskoczylo z klatki piersiowej. Dosłownie. Są tak piękne,że aż żal ich używać 😂
Jestem bardzo zadowolona z zawartości paczki jaką otrzymałam w ramach Pink Boxing 2. Z pewnością zgłoszę się do kolejnej edycji, jeśli taka będzie organizowana.


Wpadło wam coś w oko?
Copyright © 2014 Lifestyle, beauty, food by Miritirllo , Blogger